Felieton "Progres" - największa choroba raperów (Felieton)

"Progres" - największa choroba raperów (Felieton)

Remulus  Duma Remulus Duma, 23:16:13, 18 styczeń '16r.



Polscy raperzy mają jeden problem. Chcą za bardzo romansować z popem, od którego przecież przez tyle lat chcieli się odciąć, by nie stracić treści. Niestety, od jakiegoś czasu na naszej rodzimej scenie dochodzi do procederu masowego "progresu", który jest po prostu synonimem robienia masowej papki, która najzwyczajniej w świecie ma się sprzedać.

Jeden z ubiegłorocznych Młodych Wilków, Nieznanyklarenz w utworze pt: "Nie Zmienię Gry (?)", znajdującym się na składance nawinął bardzo trafną uwagę, mianowicie: "Ty, to polski Hip Hop czy amerykański? Zadziwiająco blisko kalki". No i rzeczywiście, tak to mniej więcej wygląda. Pomijając już samą terminologię, skupmy się tylko na raperach. Od dziewięćdziesiątych raperzy w Stanach zaczęli zarabiać olbrzymie pieniądze na tym, co robili, a cały świat oszalał na tym punkcie i zaczął to naśladować. Z lepszym lub gorszym skutkiem. Jak wygląda dziś rap w Stanach każdy widzi, osobiście u większości mainstreamowych "raperów" nie widzę różnicy między popową papką, od której kiedyś tak bardzo się odcinali ich poprzednicy lub nawet oni sami, a rapem. Od jakiegoś czasu w Polsce niestety zaczęło się dziać masowe powielanie tego schematu, co często wprowadza w zwykłe zażenowanie, a nie bujaniem karkiem.

To, że na rodzimej scenie robi się dosyć "ciepło" można zauważyć chociażby patrząc na single, które wyszły w poprzednim i na początku tego roku. Raperzy, którzy liczą na szybką popularność lub po prostu mają nadzieję, że krążek sprzeda się, bo robią coś "nowego" i idą "do przodu" często wciskają fanom zwykły chłam wmawiając wszystkim dookoła (czasami pewnie nawet i sobie), że to, co robią to postęp i coś, co kiedyś zawojuje rynek muzyczny. Z tym ostatnim niestety mogą mieć rację.

Żeby nie być gołosłownym chyba czas zacząć rzucać ksywkami, więc drogi Czytelniku, odpal w swoim mózgu fanfary, a ja już nadstawiam policzek na ciężkie hejty, bo oto przed Twoimi oczami raper, na którego płytę po świetnie przyjętej poprzedniczce czekała prawie cała rapowa Polska. Zeus. Powiem szczerze, oczekiwania dotyczące albumu "Jest Super" były olbrzymie już od samego początku i choć po pierwszym singlu miałem mieszane uczucia, po następnych prawie od razu poleciałem zamówić preorder i w końcu po odsłuchu całego krążka, pożałowałem zakupu. No może nie do końca, bo "Winda na 5" była mniej więcej tym, czego oczekiwałem po Zeusie. Niestety, banały i ultraoptymizm, który Zeus zaimplementował w bitach, tekstach, szacie graficznej i części klipów potrafi odrzucić nawet bardzo tolerancyjnego słuchacza. Oczywiście cieszy fakt, że autor "Hipotermii" w końcu odnalazł pozytywy w życiu i cieszy się z niego, ale jednak, jak sam stwierdził, umiar nie jest mu jeszcze do końca znany. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby większość tej płyty była puszczana w radio. Zresztą, jeden z singli już mogliśmy usłyszeć w telewizji śniadaniowej...



Jak już jesteśmy u Zeusa, zerknijmy na jeden z jego gościnnych występów. Kamil udzielił się w teledysku do "Nie zapomnij mnie" OzM'a, zwycięzcy konkursu "Zostań reprezentantem Mass DNM". Jedyne, co przyszło mi na myśl po pierwszym odsłuchu tego numeru to jedno wielkie "O kurwa...". Żeby nie było, nie razi mnie tutaj kolorystyka klipu. Serio, jeśli mi nie wierzysz, zamknij oczy i wsłuchaj się w kawałek. Gospodarz brzmi tak bardzo radiowo i płytko, że równie dobrze mógłbym odpalić RMF FM siedząc u cioci na herbacie, a refren to hymn zbuntowanych nastolatek po trzech piwach w środku nocy wracających do domu. Jedynie zwrotka wcześniej wspomnianego już Zeusa, choć łagodna, jest zdecydowanie czymś, co można nazwać rapem. Nie ma przesadnego optymizmu jak na "Jest super", nie ma banałów, a rzeczywiście coś, co brzmi autentycznie i głęboko. Może jestem zbyt nietolerancyjny na "nowe brzmienia", ale nawet po odpaleniu Geniusa nie znalazłem tam nic głębszego w zwrotce gospodarza, co mogłoby odeprzeć moje zarzuty dotyczące tego utworu.



W tym momencie, jeśli do tej pory mnie nie znienawidziłeś i nie powiesiłeś na mnie psów, właśnie to zrobisz. Popek, który zawojował Internet oraz wydał (o zgrozo) świetnie przyjętą płytę Gangu Albanii niedługo wydaje płytę. I o ile single typu "Wodospady" czy "Każdy z nas", choć były zaskoczeniem, nie wywoływały odruchu wymiotnego i myśli samobójczych, "zabawa muzyczką" w numerze "Różni nas wiele" to gruba przesada. Choć jednak, co można nazwać przesadą mówiąc o samozwańczym Królu Albanii? Były fighter zapowiedział, że tylko niektóre single będą typowymi radiówkami i cała płyta będzie nam "rozpierdalać głowy", ale póki co uczucia są tak mieszane jak monety, które zapomniało się wyjąć ze spodni wrzuconych do pralki. Anyway, kolejny produkt, który po prostu ma się sprzedać.




Największym bólem w tym wszystkim chyba jest to, że raperzy, których kiedyś słuchało się dlatego, że mieli pazur, teraz tworzą półprodukty robione na jedno kopyto, by tylko płyta się sprzedała, a single latały po klubach. Najlepszym przykładem będą dwaj raperzy, Kajman oraz Bezczel. Każdy z nich popłynął z nurtem rzeki poddając się trendom i wmawiając słuchaczom, że to coś świeżego i nikt nie ma prawa tego hejtować, bo w takim razie nie zna się na tym, co teraz jest warte uwagi. Cóż, odpowiedź jest jedna - lepiej niech nie odpisują na krytykę. Płyty Kajmana o tytule "0#1" nie dałem rady wysłuchać całej, a najnowszy singiel Bezczela odepchnął mnie po pierwszym odsłuchu. Wszystko, dosłownie wszystko odpychało w tym numerze promocyjnym. Od bitu, po nawijkę, aż do gości. Choć rzeczywiście, Matheo to jeden z najlepszych producentów w Polsce, takie podkłady mogłyby zostać jednak całkowicie gołe, bez żadnych wokali, wtedy każde Brzeski i inne kluby na bank zabijałyby się, by tylko puścić to u siebie. Niestety, Bezczel, który już od jakiegoś czasu stara się być na siłę amerykański i modny, co czasami wychodzi mu niezbyt dobrze (zdecydowanie wolę starsze produkcje rapera z Białegostoku) postanowił wziąć ten bit na album, na refren zaprosić producenta, który podśpiewał całkiem przyjemnie, ale znów w klimatach rodem z listy przebojów radia Eska.



Jedną z największych sensacji ostatnich miesięcy jest fakt, że Sitek, były reprezentant Lucky Dice w końcu wydaje album. Ale mam wrażenie, że target jaki sobie obrał, podobnie jak u wcześniej wspomnianych, to typowi słuchacze radia
. Single, które do tej pory się ukazały mają szansę lecieć w tle, gdy ktoś sprząta mieszkanie lub posiedzieć i trochę się podołować. Sitek po tylu latach i przespanym hypie na swoją osobę wydaje płytę, w której nie ma już tego pazura, do którego nas przyzwyczaił w gościnkach, a jedyny numer, który zapętlić można bez grzechu to melanżowy "Chodź ze mną", który pomimo że też jest numerem idealnie pasującym do radia, kojarzy się jednak z kilkoma rapowymi bangerami sprzed paru lat, które bujały wiele imprez. 



A teraz coś, co mnie załamało, a w Internecie wywołało falę beki, co w sumie w ogóle mnie nie dziwi. Utwór "Mój ziomek" Ganji Mafii to czysta kalka tego, co sprzedaje się w USA, podobnie zresztą jest z klipem i stylówką raperów pokazanych na wideoklipie. Newschool nie służy polskim raperom, a poziom żenady chyba już sięgnął zenitu.



Ostatnią postacią, na którą dziś wyleję swoje "wiadro pomyj" będzie młoda i charyzmatyczna Ad.M.a, która uwiodła mnie jeszcze za czasów "Szmaragdowej szczerości". Kobieca i już wtedy niekoniecznie "rapowa" Ada zdobyła całkiem dużą popularność dzięki wydanej płycie "A. Wraca późno" oraz akcji Młode Wilki. I dobrze, ta popularność zdecydowanie jej się należy, aczkolwiek ostatnim krążkiem, czyli "Gdy skrzydła w popiele, boginie schodzą na Ziemię" to coś, co całkowicie daje starszym fanom Ady prawo do zawodu. Niestety, z reprezentantką Chełma jest ten problem, że chyba się pogubiła w całej swojej kobiecości. Osobiście wolę sądzić, że to tylko zabieg marketingowy na potrzeby najnowszej płyty i zdobycie większej popularności i nie będzie przez resztę kariery opierać się tylko na tym, że ładnie śpiewa, ma duży wachlarz możliwości i "Hej, jestem kobietą, jestem ładna i mam cycki!". Oby nie stała się drugą Nicki Minaj.



Jak widać, polski rap ma problem z krzyżowaniem się z popem, papką i brakiem treści oraz waleniem w... w stosunku do słuchaczy wmawiając, że wszystko, choć niesmaczne lub słabe to postęp. Gówno prawda. Czyżby groziła nam kolejna fala hiphopolo? To całkiem możliwe. Pocieszeniem może być fakt, że na naszej scenie nadal są tacy gracze jak Laikike1, Bonson, który wydał ostatnio świetny album z Soulpetem, Gruby Mielzky, Golin, czy Oxon lub Kękę, który pomimo tego, że robi rap mniej więcej zgodny z trendami nie traci jaj ani swojej tożsamości, dzięki czemu można go słuchać nie mając ochoty wyłączyć po pierwszych trzydziestu sekundach. Jeśli progres ma wyglądać tak, jak opisałem to w powyższym tekście - wolę cofnąć się do czasów "Skandalu" Molesty. 

PS. O najnowszym "hicie" Filipka i Pejtera nie wspomniałem specjalnie. Wystarczy burza, która się wywołała po reakcji (zresztą słusznej w moim mniemaniu) Grubego Mielzkiego. 

Autor: Igor Wiśniewski

Nikt jeszcze nie skomentował tego produktu.

Napisz komentarz

Login:
Email:
Wiadomość:

Przeczytaj więcej artykułów